Dawno temu zimowe wieczory, jak Polska wieś długa i szeroka, upływały pod znakiem kobiecych zajęć niewymagających wielkiego wysiłku, za to bardzo czasochłonnych i nużących. Było to darcie pierza, a także przędzenie wełny, lnu, szycie czy haftowanie. Zwłaszcza darcie pierza, zwane też - w zależności od regionu, wyskubkami, wydzirkami, pierzarkami, szkubkami stawało się okazją do spotkań towarzyskich i pogawędek. Zwyczaj ten utrzymywał się aż do lat 80. dwudziestego wieku.

Kiedy na dworze trzymał tęgi mróz, a wczesny zmierzch ledwie rozpraszał nieśmiały płomień lampy naftowej, kiedy nikomu nie śniła się jeszcze telewizja czy komputer, w wielu domach, zwłaszcza na wsiach i okolicach podmiejskich rozkwitało życie towarzyskie. Przez kilka kolejnych wieczorów w jednej z chat spotykały się mieszkające po sąsiedzku kobiety i dziewczęta, nieraz było ich kilkanaście i więcej. W izbie było ciepło, specyficznie kopciła lampa, zajęcie monotonne, więc żeby nie przysnąć, śpiewało się trochę, głównie jednak gadało, gadało, gadało… Mówiło się o bieżących wydarzeniach w okolicy, o zasłyszanych dziwnych i strasznych przypadkach, ale najbardziej smakowite były plotki o bliźnich. Seriali jeszcze przecież nikt nie oglądał… (…)

MARZENA BURCZYCKA-WOŹNIAK

 

Wartościowa książka